Skip to main content

Godziny otwarcia

W dniach 1-15 czerwca zagłosuj na wybrane projekty Budżetu Obywatelskiego poprzez stronę internetową bo.um.warszawa.pl lub stacjonarnie w Urzędzie Dzielnicy.

Biblioteka onlineUncategorized

Magazyn „Fiszka” nr 58-59 – Kosmos

By 29 kwietnia, 20265 maja, 2026No Comments
Zdjęcie księżyca i Ziemi widzianej z jego perspektywy. Logo biblioteki. Tekst: nr 58-59, marzec-kwiecień 2026, kosmos, podróże kosmiczne, astronauci, gwiazdy, reportaż.

BKR ODSŁONA PIĘĆDZIESIĄTA ÓSMA I PIĘĆDZIESIĄTA DZIEWIĄTA

Kiedy Biblioteczne Kolegium Redakcyjne (w skrócie BKR) decydowało o kolejnym temacie przewodnim "Fiszki" nie myślało w kategorii, ej jest misja "Artemis 2", zróbmy numer o kosmosie. Po prostu ułożyło się tak, że wzięliśmy na tapet książki, o których chcieliśmy napisać. I tak oto życie nakreśliło kolejny numer, który idealnie wstrzelił się w moment historii. Bo o misji przypomnieliśmy sobie dopiero, gdy wszystko się zaczęło 😉

Obserwując to, co działo się w kosmosie, pisaliśmy o książkach, którymi dzielimy się z Wami w nowej "Fiszce". Będzie trochę poważnie, trochę humorystycznie. Beletrystycznie, miłośnie, przygodowo. Z całym rozmachem tematycznym, bo recenzujemy zarówno powieści, jak i literaturę popularnonaukową. Mamy nawet komiks! I są to książki nie tylko dla fanów kosmosu.

Przygotujcie sobie zatem coś do picia. Życzymy miłej lektury!

okładka książki Stanisława Lema "Dzienniki gwiazdowe"

Stanisław Lem „Dzienniki gwiazdowe”

Pełen humoru, czasami absurdów i zabawy z literaturą zbiór opowiadań z międzygwiezdnych podróży Ijona Tichego. BKR od dłuższego czasu myślało o tym tytule, ale jakoś się nie składało, by po niego sięgnąć. W końcu temat przewodni "Fiszki" zadecydował i to był naprawdę dobry wybór.

Kosmiczne wojaże Ijona gwarantują dobrą zabawę. Bohater podróżuje po planetach, na których styka się z różnymi gatunkami istot żywych i robotów. Dowiaduje się, np. jak powstała ludzkość, choć bądźmy szczerzy, nie jest to opowieść, którą ktokolwiek z nas chciałby usłyszeć. Ma wypełnić misję na planecie rządzonej twardą ręką przez roboty wrogo nastawione do żywych form życia. Innym razem ciągle mija się z profesorem Tarantogą. Doznaje również odtworzenia na planecie, gdzie na każdym kroku można stracić życie, co mieszkańcy przyjmują jednak ze stoickim spokojem.

Wyobraźnia i poczucie humoru Lema są jedyne w swoim rodzaju. Pomysły, jakimi raczy czytelników, bywają zarówno absurdalne jak i wywracające znany porządek rzeczy. Doskonale widać, że autor bawi się wszystkim, czym tylko może, choć nie stroni od małych, aczkolwiek poważnych wniosków, np. gdy podważa ustalenia ludu negującego indywidualizm. Słowem, jeśli lubicie zakręcone historie, "Dzienniki gwiazdowe" przypadną Wam do gustu.

okładka książki Taylor Jenkins Reid "Atmosfera"

Taylor Jenkins Reid „Atmosfera”

Rok 1969 rozpalił wyobraźnię milionów ludzi. Pierwszy krok na Księżycu rozpoczął nową erę. Kwestią czasu była coraz większa eksploracja kosmosu. Astronauci stawali się bohaterami. Dzieci marzyły o wielkich przygodach w kosmosie. Pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku również NASA zaczęła się zmieniać. Otworzyła się na kobiety. To wówczas Joan Goodwin spróbowała swoich sił. Pierwsza próba okazała się porażką, drugą zwieńczył sukces.

Dostała się do elitarnego grona osób, które miały przygotowywać się do misji kosmicznych. Bardzo pracowita i prowadząca dość ascetyczny tryb życia bohaterka znalazła się w zupełnie innym świecie. Otoczona osobami o niezwykłej inteligencji i charyzmie, ludźmi, których lubiła, choć panowała między nimi cicha rywalizacja, codziennie dawała z siebie wszystko, by zasłużyć na lot w kosmos. A może lepiej byłoby powiedzieć, że dawała więcej niż mężczyźni, bo kobiety mimo dopuszczenia do grupy musiały nadal udowadniać swoją wartość.

Jedna z koleżanek szczególnie zwraca uwagę bohaterki. Vanessa Ford, inżynierka lotnictwa, jest chodzącą definicją odwagi, luzu i inteligencji. Fascynuje Joan i pokazuje jej zupełnie inny świat. Uczy tej strony życia, której kobieta nigdy nie doświadczyła. To jednak nie całość opowieści. Rozpoczyna się ona bowiem od wypadku, do którego dochodzi podczas misji. Współczesne wydarzenia przeplatają się z historią szkolenia oraz opowieścią o Joan, jej rodzinie i przyjaciołach z pracy. Osobista tragedia miesza się z katastrofą misji oraz historią, która prowadzi właśnie do tego punktu.

Taylor Jenkins Reid niejednokrotnie udowodniła, że tworzy wciągające fabuły. Tym razem przeniosła czytelników w świat kosmicznych technologii, walki o równouprawnienie, budowania kobiecej historii w kosmosie. Powieść opowiada również o skomplikowanych relacjach rodzinnych. Niedojrzałości, nieodpowiedzialności, egoizmie. Pokazuje, że rodzicielstwo i miłość mają niejedno imię, a każdy z nas patrzy na świat z innej perspektywy.

okładka komiksu Jonathana Feltera Vorma "Droga na Księżyc. Apollo 11 i marzenia o lotach kosmicznych".

Jonathan Fetter-Vorm „Droga na księżyc. Apollo 11 i marzenia o lotach kosmicznych”

Pisząca te słowa część BKR lubi powieści graficzne i z wielką chęcią sięgnęła po ten tytuł. Nie skojarzyła jednak, że stworzył go autor poruszającej "Trinity". To dotarło do niej nieco później i wiele wyjaśniło. "Droga na Księżyc" to podróż po wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że ludzka stopa stanęła na Księżycu. Począwszy od najdawniejszych czasów i uznawania Księżyca za bóstwo, przez kolejne wieki i rozwój astronomii aż do ery lotów kosmicznych. Fetter-Vorm w skrócie pisze o wynalazkach, które przyczyniły się do umożliwienia ludziom odbywania lotów kosmicznych.

Na kartach znajdziecie przeplatającą się historię misji Apollo 11 i opowieści o ludziach, którzy mają swój wkład w dojście do tego momentu. Poczytacie o Johannesie Keplerze, odkrywcy praw ruchu planet oraz konstruktorze nowoczesnej lunety. Zanurzycie się w wielkiej wyobraźni Juliusza Verne'a, który pisał szczegółowo o kosmicznych podróżach, nim stały się one naprawdę możliwe. Dowiecie się, jaki wkład w rozwój podboju kosmosu miał niemiecki inżynier, konstruktor pocisków V2, Wernher von Braun. Poznacie trudną historię Siergieja Korolowa, ojca radzieckiej kosmonautyki, inżyniera i konstruktora rakiet, o którym długo mówiono jedynie "Główny Konstruktor". Zaznajomicie się z kobietami, które wniosły swój wkład w oprogramowanie kosmicznej misji czy załogą Apollo 1. Pomiędzy tymi historiami będzie przewijać się przygotowanie do lądowania na Księżycu.

"Droga na Księżyc" poza dobrą kreską autora oferuje moc wiedzy o tym, jak doszło do misji kosmicznych oraz jak krok po kroku przebiegało lądowanie na Księżycu i co działo się po nim. Zahacza nawet o teorie spiskowe, że była to jedynie mistyfikacja. Przedstawia powody wyścigu kosmicznego między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR. Stawia także pytania o przyszłość lotów kosmicznych, kolonizacji kosmosu oraz kosmicznej turystyki. BKR z czystym sumieniem poleca wszystkim, którzy mają ochotę na dobrą powieść graficzną lub poszerzenie swojej wiedzy.

okładka książki Samanthy Harvey "Orbita"

Samanhta Harvey „Orbita”

Tę książkę albo się kocha albo się od niej odbija - tak głosi opinia. Cóż, BKR jest w stanie się do niej przychylić. Nagrodzona Bookerem 2024 "Orbita" to bowiem powieść zdecydowanie nie dla wszystkich.

Stacja kosmiczna a w niej Brytyjka Nell, Rosjanie Roman i Anton, Włoch Pietro, Amerykanin Shaun i Japonka Chie. Sześć osób, które pomiędzy wykonywaniem obowiązków i eksperymentów, przypatrywaniem się oddalonej i zapierającej dech w piersiach Ziemi stara się zgłębić swoje myśli. Czas w stacji kosmicznej płynie zupełnie inaczej. Wschody i zachody Słońca pojawiają się kilkanaście razy w ciągu doby. Sen jest trudny, a mózg lekko wariuje. W świetle słońca Ziemia wydaje się spokojną niezamieszkaną planetą, w nocy zaś ożywa migotliwym blaskiem.

Mieszkańcy stacji kosmicznej myślą o swoich bliskich i przeszłości. Wspominają o tym, jak rodziło się w nich pragnienie zostania astronautami i kosmonautami. Przypominają sobie odczucia związane z lądowaniem na Księżycu. Obserwują w napięciu tajfun. Chie snuje refleksje o matce, która zmarła podczas jej misji i niemożności uczestniczenia w pogrzebie. Inni bohaterowie wspominają wakacje czy lekcje sztuki. Historie przeplatają się z zachwytem nad wszechświatem, ale i trudami życia w kosmosie.

Samantha Harvey napisała refleksyjną i nieco filozoficzną książkę. Powieść, która jest zarówno o kosmosie, jak i odkrywaniu kosmosu wewnętrznego. To niespieszna lektura, zdecydowanie nie dla wszystkich. Niektórzy nawet mogą orzec, że nic w niej się nie dzieje. BKR jednak lubi "inne" książki i choć ma problemy z tym, jak ująć fabułę w sensowny opis, spędziło z dziełem angielskiej pisarki naprawdę dobre chwile. Bo nie zawsze chodzi o akcje, czasami potrzebna jest właśnie refleksja.

okładka książki Adama Higginbothama "Katastrofa Challengera"

Adam Higginbotham „Katastrofa Challengera”

Adam Higginbotham gościł już w Fiszce. U zarania jej dziejów, w pierwszym numerze poświęconym tematyce czarnobylskiej. Jego „O północy w Czarnobylu” imponowała klarownością wywodu, szczegółowością opisu i niemal całościowym ujęciem tematu. Czy autorowi udało się powtórzyć tę sztukę w kolejnym monumentalnym reportażu dotyczącym tym razem katastrofy na nieco innym poziomie (dosłownie i w przenośni)?

Prom kosmiczny Challenger eksplodował w drugiej minucie po starcie, o 16:39 w dniu 28 stycznia 1986 roku. Na pokładzie zginęła cała siedmioosobowa załoga, praktycznie na oczach milionów ludzi, ponieważ obiektywy kamer śledziły lot od samego startu, a na pokładzie po raz pierwszy w historii znalazła się „cywilna” nauczycielka ze szkoły podstawowej.

Adam Higginbotham cofa się aż do lat 50., aby nakreślić obraz kultury pracy naukowców i inżynierów pracujących w NASA. Jest to potrzebne, bo o ile bezpośrednią przyczyną katastrofy było uszkodzenie pierścienia uszczelniającego (O-Ringa) w silniku prawej dodatkowej rakiety na paliwo stałe, to prawdziwym jej źródłem były zaniedbania, niefrasobliwość i presja zorientowana na wynik, która kazała oficjelom NASA ignorować raporty o błędach oraz ostrzeżenia o możliwej katastrofie.

Jak każda agencja rządowa, NASA również musi walczyć o budżet. To powoduje, że ze strony wyższego szczebla wywierana jest presja, aby „się wykazać” – w latach 80., kiedy minęły już gorączka i entuzjazm związane z programem Apollo, środkiem do sukcesu miały być promy kosmiczne, w pierwotnych rozbudowanych planach „kosmiczne ciężarówki”, przenoszące ładunki i przynoszące zysk. To zamierzenie nie udało się, eksploatacja promów była kosztowna i żeby tabelki finansowe dobrze wyglądały, promy musiały wykonywać regularne loty, co zmuszało ekipy serwisujące do pracy pod dużą presją, aby ponownie przygotować sprzęt do wyniesienia na orbitę.

Podwykonawcy NASA – naturalnie Agencja nie robi wszystkiego sama, wiele firm prywatnych wykonuje na jej zlecenie np. elementy pojazdów kosmicznych – również byli naciskani, aby zdążyć na czas z wykonaniem swojej części zadań. Za silniki dodatkowe wraz z pierścieniami uszczelniającymi była odpowiedzialna firma Morton Thiokol. Mimo że praktycznie od samego początku O-Ringi sprawiały problemy, mimo że inżynierowie ostrzegali o zgubnym wpływie ujemnych temperatur na uszczelki, NASA była zdeterminowana, aby dotrzymać styczniowego terminu startu. Efektem był pióropusz ognia i dymu nad Atlantykiem oraz komisja pod przewodnictwem Richarda Feynmana, która obnażyła błędy, zaniedbania i ignorowanie ostrzeżeń.

Ten szeroki opis przedstawiony przez BKR niewątpliwie jest efektem talentu Higginbothama do chwytania istoty problemu i przedstawiania jej w obszerny, acz zrozumiały sposób. „Katastrofa Challengera” nie odbiega pod tym względem od „czarnobylskiej” książki autora. I tu również nie brakuje bliskiego spojrzenia na bohaterów dramatu: oddania głosu inżynierom z Morton Thiokol, przybliżenia siódemki astronautów, którzy zginęli w przestworzach, spojrzenia na pracowników NASA. A jednak reportaż „challengerski” nie ma tej siły przyciągania czytelnika, co „O północy w Czarnobylu”. Zbyt przegadany? Raczej nie do końca dobrze zbalansowany; chyba pomogłoby mu inne rozłożenie akcentów, skrócenie w paru miejscach, gdzie występują nużące powtórzenia. Niemniej – jak widać z wcześniejszego opisu – reportaż Higginbothama dostarcza olbrzymiej dawki wiedzy, niemal wyczerpując temat.

okładka książki Amie Kaufman i Jay'a Kristoffa "Illuminae"

Amie Kaufman, Jay Kristoff „Illuminae”

Jest to rzecz doprawdy brawurowa, a choć niepozbawiona wad, wciągnęła BKR bez reszty (jak nic od bardzo dawna).

Dla mieszkańców nielegalnej kolonii Kerenza (tak, nielegalnej; założyła ją korporacja KWU, żeby wydobywać rzadkie surowce na odległej planecie) rozpoczyna się kolejny poranek. Nudy. Przed zajęciami na uczelni Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i to zapowiada się na główne wydarzenie dnia. Zaraz potem kolonia zostaje zaatakowana przez konkurencyjną korporację BeiTech i dosłownie wszystko idzie w diabły. BeiTech nie ma skrupułów, liczy na to, że w odległym zakątku kosmosu nikt nie usłyszy krzyków mordowanych ludzi i zamierza doprowadzić sprawę do końca – tzn. nie pozostawić przy życiu żadnych świadków (termin ludobójstwo jest tutaj jak najbardziej wskazany). W ruch idą rakiety, ciężki sprzęt i broń biologiczna. Pechowo dla najeźdźców w pobliżu kolonii znajduje się okręt Unii Terrańskiej, pancernik „Alexander”. Wraz z „Hypatią” i „Copernicusem”, cywilnymi statkami Kerenzy, na które udało się ewakuować z powierzchni niedobitki mieszkańców, rozpoczyna ucieczkę przed ścigającą ich flotą BeiTechu.

Ten krótki opis to dopiero początek; akcja gna przez prawie 600 stron powieści na złamanie karku. Mamy tu uszkodzoną (?)/zbuntowaną (?) AI sterującą Alexandrem, zabójczy wirus zmieniający ludzi w hiperagresywnych morderców, przekonane o własnej bezkarności korporacje, a pośrodku tego wszystkiego genialną Kady Grant i zakochanego w niej Ezrę Masona, próbujących przeżyć.

Niesamowite jest to, że całą tą intensywną fabułę dało się przedstawić w formie w zasadzie epistolarnej (chociaż internet i wydawca używa określenia dossier). O całości wydarzeń dowiadujemy się czytając maile wymieniane między Ezrą a Kady, raporty techników, transkrypcje rozmów, logi zawierające wypowiedzi Aidana (niezła nazwa dla AI) i tym podobne „dokumenty”. Wszystko do siebie pasuje, dostarcza niezbędnych informacji, a na dokładkę niesamowicie wciąga. Brawa dla autorów, że udała im się taka trudna sztuka.

Jednakże za moment „deus ex machina” z końcowej części powieści należy się mocne pacnięcie po autorskich łapkach. No doprawdy, nie robi się takich rzeczy, nie wyskakuje się znienacka z podobnymi rozwiązaniami. BKR nie może tutaj zdradzić żadnych szczegółów, żeby nie zepsuć przyjemności czytania, ale uwierzcie na słowo: BKR aż wywróciło oczami i mlasnęło z niesmakiem… I wybacza tylko dlatego, że końcowy fragment otwiera drogę do części drugiej cyklu, oby równie smakowitej, jak pierwsza.

okładka książki Kelly i Zacha Weinersmithów "Miasto na Marsie"

Kelly i Zach Weinersmithowie „Miasto na Marsie”

Oj, Elon Musk i inni nawiedzeni technokraci muszą chyba nie znosić małżeństwa Weinersmithów. Nie dość, że przebijają nadmuchany balon hurraoptymistów, po kolei punktując celnymi argumentami wszystkie problemy związane z marsjańską eskapadą, to jeszcze robią to tak zgrabnie i elokwentnie, że dostali za to Nagrodę Hugo, a ich książka cieszy się statusem bestsellera.

BKR myśli, że wielu czytelnikom marzącym o ujrzeniu przejrzystych kopuł pod czerwonym niebem lub w cieniu Olympus Mons, książka „Miasto na Marsie” może otworzyć oczy. Śmiały projekt ludzkiej obecności na czerwonej planecie niesie bowiem ze sobą masę problematycznych kwestii, które nie zostały należycie zaadresowane przez naukowców, inżynierów i polityków. Jak skutecznie ochronić kruchy ludzki organizm przed kosmicznym promieniowaniem? Jakie problemy będą się wiązać z rodzeniem dzieci w warunkach obniżonej grawitacji? Jak zapewnić warunki żywieniowe, aby kolonia była samowystarczalna i samopodtrzymująca się? Jak dobrać kolonistów pod kątem socjologicznym, żeby uniknąć destrukcyjnych konfliktów? Jaki wreszcie status prawny powinna mieć kolonia? Prawo kosmiczne zdecydowanie nie nadąża za scenariuszem wybudowania marsjańskiej kolonii, a istnieje spore ryzyko, że rywalizacja mocarstw, która przeniesie się w kosmos, ściągnie nam na głowy realną ziemską wojnę.

Powyższa wyliczanka to tylko część pytań i wątpliwości, jakie przedstawiają autorzy w swojej arcyciekawej książce. Napisana ze swadą, przystępnym językiem, syntetyczna i klarowna, sprowadza na ziemię (nomen omen) wszystkich entuzjastów ekspansji ludzkości poza czułe objęcia naszej planety. Wymowa tej książki jest jasna: zadbajmy wpierw o nasz ziemski dom, następnie rozwiążmy wszystkie problemy związane z podróżami kosmicznymi, wyjaśnijmy wszelkie wątpliwości, ustalmy wreszcie ramy współpracy międzynarodowej i dopiero wówczas ruszajmy budować osiedla na Marsie.

A jeśli unosicie teraz brwi w powątpiewaniu, bo przecież ludzkość zawsze była odkrywcami i powinna snuć śmiałe wizje… to koniecznie przeczytajcie tę książkę.