WOJCIECH JAGIELSKI na Radosnej - 7.11.2013

– Jeżeli pyta Pan, czy nie żałuję, to odpowiadam, że nie, nie żałuję, bo to moja pasja. Ale nie spodziewałem się, że odbije się to w taki sposób na moich najbliższych – podczas spotkania w Bibliotece na Radosnej, 7 listopada 2013 r., opowiadał WOJCIECH JAGIELSKI, dziennikarz, wieloletni korespondent wojenny, autor książek reportażowych.– Na moją rezygnację z wyjazdów na „wojny” wpłynęło kilka czynników: oczywiście problemy mojej żony, którą zawładnął, nie mną, a nią, stres bojowy i paniczny lęk o moje życie; ponadto wiek… w moim wieku z pewnych rzeczy trzeba się już wycofywać, a przez komercjalizację i nieobliczalność wojen nie da się o nich tak jak kiedyś opowiadać, bo bardzo łatwo stać się celem ich bezwzględności i okrucieństwa… Mnie zaś nauczono, że żeby o czymś pisać, wpierw trzeba to zobaczyć z bliska, niejako dotknąć.Takie podejście do zawodu w dużej mierze zawdzięczam wspólnym wyjazdom z fotoreporterami. Oni nie mogli zrobić zdjęcia płonącej barykady z odległości 300 m, a ja trzymałem się blisko nich i w ten sposób zyskiwałem lepszą perspektywę. Nieraz mówiłem im, co fotografują, bo oni nie musieli się na tym znać.
Bardzo pomogło mi również traktowanie moich wypraw dziennikarskich zadaniowo. Jednego dnia patrzyłem na krwawe konflikty zbrojne, a następnego wracałem do domu i umawiałem się z synem na wspólne oglądanie meczu. Wielu mnie pyta, jak to możliwe? Czy nie odciska to na mnie piętna, nie działa na mnie destrukcyjnie? Sam zaczynam się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, skoro znajomi korespondenci, fotoreporterzy zapisują się do klinik psychiatrycznych, a ja nie. Ale ja potrafiłem do tego podejść zadaniowo. Poza tym po powrocie do domu ze wszystkiego zdawałem relację najpierw swojej żonie, potem pisałem jeden tekst, drugi, pisałem książkę… i w ten naturalny sposób oczyszczałem się, odreagowywałem. Choć też zastanawiam się, czy nie pójść do specjalisty, bo po ostatnim pobycie w Gruzji nasilił się mój lęk wysokości. Do tego stopnia, że nawet kiedy jadę wiaduktem, muszę zwolnić do 30 km/h.To tyle relacji ze spotkania. Była też mowa o polityce, o tym, kto zaczął wojnę, pojawiły się różne nazwiska, obrazy z Gruzji, Afganistanu czy Afryki, ale nie dla każdego mogły być one zrozumiałe. Ważne, że była to pasjonująca opowieść człowieka, który wiele widział i przeżył, i dalej chce oglądać i opowiadać, bo dalekopis wciąż wypluwa nowe depesze. Chce oglądać i opowiadać, ale już z innej perspektywy.