BKR ODSŁONA PIĘĆDZIESIĄTA DRUGA I PIĘĆDZIESIĄTA TRZECIA
Biblioteczne Kolegium Redakcyjne, w skrócie BKR, ma dla Was niespodziankę. W tym numerze „Fiszki” milczy.
Z okazji 15-lecia istnienia Dyskusyjnego Klubu Książki przygotowaliśmy podwójny numer, którym świętujemy razem z członkami DKK. A wierzcie nam, oni to na książkach zęby zjedli i chcą podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami.
Po raz pierwszy oddajemy głos osobom spoza naszego bibliotecznego grona. Zatem, „słuchajcie uważnie, bo nie będziemy powtarzać” (uśmiech dla tego, kto zidentyfikował ten cytat), rola BKR ogranicza się w tym numerze jedynie do wstępniaka oraz drobnego, fiszkowego przygotowania tekstów (w końcu trzeba je tutaj wrzucić, prawda?).
Mamy nadzieję, że teksty naszych Klubowiczów przypadną Wam do gustu. Niektóre są nieco dłuższe, ale bądźmy szczerzy i my często bardzo długo potrafimy opowiadać o książkach, które wywołały w nas emocje.
Dobrej lektury życzy BKR i oddaje głos członkom DKK.
W nawiasach na końcu recenzji znajdziecie ich autorów
Joanna Sarapata „Do stu razy sztuka”
„Do stu razy sztuka” Joanny Sarapaty to licząca około 900 stron opowieść o życiu malarki, żony, matki, kobiety – czasem naiwnej i zbyt ufnej, a jednocześnie silnej i zdeterminowanej.
Towarzysząc autorce od czasów dzieciństwa odwiedzamy Warszawę, Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Barcelonę. Znajdujemy odniesienia do znanych postaci malarskiego świata. Pięknie wydana autobiografia artystki jest źródłem inspiracji. Pokazuje, że warto walczyć o swoje marzenia, że sztuka nie do trzech, ale nawet do stu razy… i że mając dobrą motywację oraz ogromną pasję, warto zaczynać od nowa. A wszystko to napisane tak, że trudno się oderwać od lektury. Barwna, jak na malarkę przystało, podróż przez czasy, miejsca i życiowe doświadczenia.
Na uwagę zasługuje również szata graficzna, twarda oprawa, dużo zdjęć i reprodukcji obrazów. Ta historia sama się czyta, jednocześnie sprawiając czytelnikowi wizualną przyjemność. Polecam nie tylko miłośnikom malarstwa Joanny Sarapaty. (M.P)
Marta Sztokfisz „Umińska. Miłość, która zabiła”
Role życia
Czy słyszeliście Państwo o Stanisławie Umińskiej? Ja nie. A w 1925 roku znała ją Europa, a Amerykanie chcieli nakręcić o niej film. Jej historia rozpalała opinię publiczną i prawników. Na paryski proces, w którym Umińska-morderczyni była ofiarą a ofiara – jej narzeczony - był oskarżonym, sprzedawano bilety wstępu na salę sądową. To właściwie jest już dostateczną rekomendacją, by poświęcić kilka godzin na przeczytanie nowej opowieści biograficznej uznanej autorki Marty Sztokfisz. Sama autorka tak opowiada w wywiadzie dla gazety.pl, jak trafiła na trop tej historii.
„Dowiedziałam się o niej przez przypadek. Czytałam "Dzienniki" Anny Iwaszkiewicz żony Jarosława Iwaszkiewicza, która latem 1924 roku napisała tak: "Jakże ja współczuję kochanej Stasi Umińskiej tragedii, która ją spotkała". Zaciekawiona zerknęłam do przypisu, znalazłam informację, że Stanisława Umińska była znaną warszawską aktorką, która zastrzeliła swojego narzeczonego. Dotarłam do prasy francuskiej i okazało się, że proces Umińskiej, który toczył się w Paryżu, opisywały nie tylko gazety francuskie, ale także amerykańskie, brytyjskie, tureckie i oczywiście polskie”.
Umińska była niezwykle utalentowaną aktorką Teatru Polskiego. Była młoda, miała urodę i wielką karierę przed sobą. Opowieść o jej wchodzeniu w artystyczny świat Warszawy jest dużym atutem tej książki. Ale prawdziwe emocje czekają na czytelnika, kiedy w życiu Umińskiej pojawia się Jan Żyznowski. Starszy od niej o 12 lat literat, malarz, ówczesny celebryta - uczynił z Umińskiej szczęśliwą kobietę, „anioła śmierci” i samarytankę Benignę. Życie napisało jej role niezwykłe. Umińska zmierzyła się z nimi, choć już nie w świetle jupiterów. Jako zakonnica opiekowała się nieletnimi prostytutkami i upośledzonymi dziećmi.
W historii tej chciałoby się zadać mnóstwo pytań, niestety zabrakło źródeł. Autorka, we wspomnianym wywiadzie mówiła: „Myślałam, że drzwi zakonu będą dla mnie szeroko otwarte, ale się pomyliłam. Niestety, odmówiono mi możliwości zajrzenia do korespondencji Jana i Stanisławy. Dzwoniłam, prosiłam, wysłałam też kilka e-maili, ale siostry decyzji nie zmieniły. Zaskoczyło mnie to i zasmuciło. Chciałam zacytować fragmenty listów Umińskiej, co dałoby pełniejszy obraz mojej bohaterki” .
Mimo tych niedostatków lektura warta uwagi. (BMF)
Mick Herron „Ulica szpiegów”
Książka w kopercie, czyli jakie prezenty ślubne daje przyjaciołom Mick Herron.
Dla Juliet i Paula (zamiast prezentu ślubnego)
Trafiony prezent jest wyzwaniem. Taki prezent nieskopiowany. Z serca. Po znajomości. Poza tak zwaną sieciową inspiracją obowiązującą, czyli zestawami z Instagrama, czy Pinteresta. Nie trzeba sięgać do żadnych poradników, wystarczy "Ulica szpiegów" Micka Herrona. Książka świetna, ale ta dedykacja! Jednym słowem, jeśli chcesz wspiąć się na wyżyny kreatywności wobec najbliższych, trafić w sedno prezentu zindywidualizowanego, to po prostu… napisz książkę i daj ją w prezencie.
Najlepiej niech będzie o upadłych agentach. Ześlij ich na krańce miasta, do szpiegowskiego domu zapomnienia. Niech w pełni swoich talentów i umiejętności walczą z poczuciem niesprawiedliwego odrzucenia. Niech rozwiązują sprawy najważniejsze. Najlepiej mimochodem. Niech będą, jak najlepsza ekipa superbohaterów, którą nigdy nie chcieliby się stać. Daj im szefa wyjątkowego w swych gabarytach, nieokrzesaniu i braku ogłady. Oby był wiecznie głodny i ociężały. A jednak najbystrzejszy i najcichszy, gdy trzeba. Trzymaj akcję w napięciu do ostatniego słowa. Tasuj sceny, jak karty. Uwiedź czytelnika obrazem pędzącego przez Londyn stada Kulawych Koni. Niech biegnie z nimi. Niech się zakumpluje z Rivierem, albo Lambem.
Opisz wszystko nowoczesnym językiem. Esencjonalnym, bez zbędnych ozdobników. Podziel się swoim poczuciem humoru. W opisach ludzi, sytuacji, a nawet fizjologii. Zrezygnuj z wydumanych fraz i rozwlekłych opisów. Nadaj inny rytm wypowiedziom swoich bohaterów. Pozwól czytelnikowi ich rozpoznać. Znielubić i pokochać. Niech tęskni, gdy opisujesz innych. Niech zatęskni za następnymi tomami, których jeszcze nie napisałeś. Może będzie coś o Martwych Lwach, albo Prawdziwych Tygrysach, ale wszystko musi się kręcić wokół Ulicy Szpiegów.
Jednym słowem Mick Herron, to pakiet najlepszych inspiracji: na pomysł na prezent, nie tylko ślubny, na wciągającą lekturę, nie tylko dla kolekcjonerów wątków szpiegowskich i na dobrze napisaną książkę, bez pseudoliterackich zawijasów. Nic dziwnego, że zainspirował filmowców jednej ze streamingowych platform. Nic też dziwnego, że zainspirował najlepszego z polskich aktorów do nagrania audiobooka. Mick Herron, Gary Oldman i Krzysztof Gosztyła. Tylko czytać, słuchać i oglądać! Oczywiście najpierw przeczytać. Potem wysłuchać. Na końcu obejrzeć. I czekać na kolejne tomy. Na kolejnych przyjaciół Micka Herrona, którzy zdecydują się na ślub i wzbogacą tym samym kolejne biblioteki i rzesze czytelniczych serc!
(ZIMOWIT)
Paweł Huelle „Śpiewaj ogrody”
Bardzo piękna książka i bardzo humanistyczna w treści. Struktura przypomina partyturę, i to nie tylko dlatego, że osią przewodnią jest historia, w której główny bohater Ernest kupuje od antykwariusza rzekomo niedokończoną operę Wagnera „Szczurołap”, którą następnie stara się dokończyć, a po skończeniu – ukryć. Wiele stron zapełniają opisy tworzenia libretta, muzyki orkiestrowej z udziałem różnych instrumentów, blach, trąb, skrzypiec, klawesynu, a dalej aktualizowanie wymowy dzieła w takim kierunku, że w końcu staje się ono krytyką ówczesnego reżimu hitlerowskiego. Ernest swe prace nad partyturą Wagnera przypłaca życiem. Myślę, że ktoś lepiej niż ja znający się na muzyce potrafiłby z tych partii zrozumieć więcej.
Główni bohaterowie: narrator, chłopiec urodzony po wojnie, alter ego autora, poznający historię z ust pani Grety, Niemki mieszkającej w Gdańsku, mąż pani Grety - kompozytor Ernest Hoffmann, niezapomniany pan Bieszk, a może Bieszke, głównie wspominają i opowiadają. Z fragmentów ich wypowiedzi odczytujemy tragiczną i niełatwą historię pogranicza, miejsc, które są ojczyzną trzech narodowości, nie licząc tych pomniejszych (Żydzi) i przechodnich (Rosjanie). Narodowość zresztą ma tu znacznie mniejsze znaczenie niż by się chciało sądzić. W każdej z nich spotkać można postaci szlachetne i świnie, zbrodniarzy, morderców, karierowiczów, ludzi płynących z falą, a także osoby zaczadzone ideologią.
Powieść, jeśliby spróbować ją podsumować krótko, sprowadza się do poszukiwania korzeni zła, a także korzeni odporności na zło. Odpowiedzi na te poszukiwania nie są bynajmniej jednoznaczne. Wystarczy wspomnieć wątek Francuza, pierwszego właściciela domu pani Grety. Wątek ten wielu uważa za niepotrzebny i niepasujący do reszty utworu. Ja jednak myślę, że pełni on niebagatelną rolę w odpowiedzi na pytanie: skąd się bierze zło. Nie będę tu spoilerować. Napiszę tylko, że przemoc rodzi przemoc. A odporność na zło? No cóż, na pewno nie zależy ona od narodowości.
Piękną postacią jest bez wątpienia pani Greta - urocza, kulturalna kobieta, której przyszło doświadczyć wielkiego szczęścia, a potem całego zła, jakie tylko może spaść na człowieka. Mimo tego udaje się jej zachować pogodę ducha oraz pamięć o świecie, którego już nie ma. Wrażliwość na piękno, umiłowanie sztuki. Narrator, dzięki kontaktom z Gretą od dzieciństwa poznaje skomplikowaną historię Gdańska, uwrażliwia się na poezję, muzykę, sztukę, uczy się uprawiania ogrodu, sztuki opowiadania historii. Mówiąc górnolotnie, rozwija się duchowo. I nie ma najmniejszego znaczenia, że Greta była Niemką, a on Polakiem.
W gruncie rzeczy można by powiedzieć, że powieść (nie tylko ta jedna) Pawła Huellego uczy czytelnika unikania uprzedzeń w stosunku do drugiego człowieka, bo uprzedzenia, rasizm i nacjonalizm zaburzają percepcję i ogląd świata. Zabijają możliwość poznania prawdy. I za to Pawła Huellego kocham.
E.Sz.
Hans Rosling „Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą”
Hans Rosling, wybitny lekarz i działacz społeczny na rzecz zdrowia publicznego, w swojej książce podejmuje wiele niezwykle ważnych kwestii związanych z naszym stereotypowym myśleniem, manipulowaniem naszymi podglądami przy wykorzystywaniu lęków, uprzedzeń, nieuświadomionych pułapek rozumowania. Sięgnęłam po tę książkę z prawdziwym zainteresowaniem. Oczekiwałam od niej odkrycia i uporządkowania świata pojęć i poglądów. Szczerze mówiąc, trochę się zawiodłam.
Nie, nie samą treścią i przesłaniem książki. Treść jest całkowicie słuszna, zrozumiała, wyłożona wręcz łopatologicznie (czasem jako banalna oczywistość, aczkolwiek bardzo cenne jest, by sobie te oczywistości uświadomić). Zmęczyła mnie forma. Profesor pisał książkę jako starszy człowiek. Miał skłonności do pisania rozwlekle i przemądrzale oraz okraszania swojego wywodu masą anegdot i dygresji. Trochę wysiłku wymaga wyłuskanie z tego potoku narracyjnego clou sprawy. Jednak zdecydowanie warto zadać sobie ten trud. Niewiele osób próbuje wydobyć z powodzi zmanipulowanych treści i sensacyjnych doniesień medialnych prawdziwy obraz sytuacji i nazwać go po imieniu. A profesor bez ogródek obnażył i poklasyfikował pułapki stereotypowego myślenia.
Instynkt przepaści – czyli jak statystyka i uogólnianie faktów nie pozwalają nam dostrzec rzeczywistego postępu jakości życia.
Instynkt pesymizmu – przy założeniu, że wszystko zmierza ku gorszemu, że dobrze już było, że koniec naszego świata zbliża się wielkimi krokami, zasypani nawałem złych wiadomości, nie dostrzegamy oczywistych zmian na lepsze.
Instynkt prostej linii prostej – pułapka, która każe nam widzieć w różnych zjawiskach ich rozwój w postępie geometrycznym, co w oczywisty sposób wypacza ich ocenę końcową. Ani bakterie, ani liczba mieszkańców Ziemi, ani temperatura nie będą rosły w nieskończoność, a zmiany tendencji widać dużo lepiej przy bardziej zróżnicowanych kwantyfikatorach.
Instynkt strachu – najciekawszy chyba rozdział, w którym Rosling opisuje, jak zaburzają ogląd rzeczywistości nasze pierwotne i nabyte lęki. Gołym okiem widać to, gdy obawiamy się o bezpieczeństwo dzieci na podwórku, gdy boimy się lotów samolotem, wybuchu bomby atomowej, zatrucia chemicznego – nie dostrzegając zupełnie, w jak wielkim stopniu zwiększyło się rzeczywiste bezpieczeństwo życia codziennego w miarę rozwoju. Instynkt strachu napędzany jest ze wszech stron przez mass-media, Internet, polityków, fake newsy i zwyczajne plotki, którym często jesteśmy skłonni wierzyć wbrew oczywistości.
Instynkt wyolbrzymiania – to odwieczny dylemat człowieka, czy lepiej uratować z powodzi jednego tonącego, czy poświęcić jednostkę dla ratowania całego miasta. Czy milion zgonów rocznie to dużo, czy też to wielki postęp, bo w poprzednich latach liczby te były dużo większe. Ten instynkt również rozdmuchiwany jest przez mass-media.
Instynkt generalizowania - najbardziej warte zapamiętania jest zalecenie, by unikać wyjątków do udowodnienia jakiegoś zjawiska, gdyż ta metoda prowadzi do błędnych wniosków w samym założeniu. Niestety, generalizujemy na potęgę, i przez to błądzimy we mgle. „Wszyscy Polacy...”, „wszystkie kobiety...”, “wszyscy uchodźcy...”, „wszyscy wierzący...”, „wszyscy muzułmanie...”.
Instynkt pojedynczej perspektywy - to bardzo często spotykany ogląd rzeczywistości z jednego punktu widzenia, gdy nie zastanawiamy się nad innymi aspektami. Często spotykany u ekspertów, którzy widzą jedynie swój najlepiej znany wycinek otaczającego świata. Ulegając temu instynktowi, częściej widzimy rzeczywistość w kategoriach czarno-białych.
Instynkt szukania winowajcy - to największa chyba wada Polaków, którzy w każdym nieszczęściu usiłują szukać winnego, napiętnować, skazać. Kto jest winien, że burza przewróciła drzewo, że sygnalizacja świetlna się zepsuła, że pociąg się spóźnił, że masło zdrożało, że dziecko spadło ze schodów? Na ogół to przypadek albo zbieg wielu okoliczności, ale o ileż bardziej satysfakcjonujące jest wskazanie na osobę odpowiedzialną.
Instynkt pośpiechu - wreszcie to ostrzeżenie profesora Roslinga, by unikać pochopnych osądów, bo łatwo wtedy o pomyłkę.
Wszystkie te ułomności naszego rozumowania doprowadzają nas do tego, że łatwo poddajemy się manipulacji, a przez to dokonujemy złych wyborów.
Dlatego książkę Roslinga warto czytać. Polecam!
E.Sz.
Santiago Pajares „Książka której nie ma”
Bardzo wartościowa powieść, i to z gatunku tych, które pomagają zrozumieć, jak żyć i czym jest szczęście. Temat w dzisiejszych czasach bardzo niemodny, trudno czytelnika zainteresować takimi fundamentalnymi pytaniami.
Toteż jest, a jakże, intryga w gruncie rzeczy detektywistyczna. Pracownik wydawnictwa poszukuje autora bestselleru, który do tej pory był całkowicie anonimowy. Nie wiadomo, jak się nazywa, gdzie mieszka czy pisze dalszy ciąg sagi, nic. W tym celu wyjeżdża do małej wioski w Pirenejach, przepytuje, podgląda przez okno, naraża się na drwiny, kopniaki, obraża się na niego żona. Wreszcie główny wątek rozwiązuje się niejako przypadkowo. Mimo wszystko uważam, że intryga tytułowa, stanowiąca oś kompozycyjną, jest w gruncie rzeczy drugoplanowa, a odnalezienie autora sagi pozostaje ważne jedynie dla właściciela wydawnictwa, bo nawet nie dla głównego bohatera, Davida.
Perypetie z poszukiwaniem autora „Spirali”, ukazane są w sposób nader humorystyczny, wręcz burleskowy. Ważne jest, najważniejsze, by odnaleźć swoją ścieżkę w życiu, która doprowadzi nas do szczęścia. Ścieżkę często po spirali (może stąd taki tytuł?). Do tego służą, zdawałoby się, poboczne wątki sekretarki Elsy czy narkomana Fran. Powiązane są one jednak lekturą tytułowej sagi „Spirala”. Książka w jakimś sensie naprowadza czytelników na właściwą drogę, pozwala im pogodzić się z życiem, zerwać z tym, co nas krępuje i kieruje ku zatraceniu. Porzucona Elsa znajduje partnera, Fran zdobywa się na trudną decyzję, Juan porzuca dołującą pracę na rzecz takiej, o której podświadomie marzył, Martha radzi sobie ze swoją introwertycznością i brakiem wiary w siebie. Wreszcie David, po całym szeregu zabawnych i wzruszających wydarzeń wraca do żony, bogatszy w swego rodzaju mądrość życiową.
Życie w wielkim mieście a życie w małej wiosce, gdzie wszyscy się znają i wszyscy się lubią. Życie a śmierć i pogodzenie się z nią. Życie na tle przyrody, której w mieście rozpaczliwie brakuje. Kariera a szczęście. To podstawowa tematyka powieści, która czasami wydaje się zbyt oczywista i łopatologiczna, ale w gruncie rzeczy czyta się o tym z przyjemnością, a czasem ze wzruszeniem.
Mówimy „powieść”, ale ja mam dla tego tekstu bardziej trafne określenie: przypowieść. Przypowieść to przekaz pewnych prawd i mądrości życiowych, dla ułatwienia odbioru ubrany w historyjkę z zakończeniem ilustrującym te prawdy. Z morałem.
E.Sz.
Åsne Seierstad „Księgarz z Kabulu”
Mam bardzo mieszane uczucia.
Dla autorki, Asne Seierstad, była to okazja, by przez chwilę znaleźć się w średniowieczu. Tak, w średniowieczu, bo społeczeństwo afgańskie znajduje się właśnie na takim etapie rozwoju. Zamiast więc rozwodzić się nad barwnie opisanymi obyczajami afgańskimi, życiem codziennym, obyczajami ślubnymi czy zależnością materialną i prawną kobiet, dzieci, uboższego rodzeństwa – spróbujmy sobie wyobrazić życie codzienne w średniowiecznej Europie. Z jej pasami cnoty, obcinaniem uszu i wypalaniem piętna za kradzież, wykorzystywaniem materialnym uczniów i czeladników przez właściciela sklepu czy warsztatu, skazywaniem na galery, sprzedawaniem w niewolę, nie mówiąc już o obowiązku bycia dziewicą przed ślubem czy noszenia chusty czy zakrytych włosów po ślubie.
Reportaż norweskiej autorki czyta się z zainteresowaniem, ale oburzenie na te średniowieczne obyczaje, związane z kulturą islamu w wydaniu najbardziej restrykcyjnym, czyli afgańskim, jest to mimo wszystko przejaw naszego europocentryzmu. Reportaż Asne Seierstad oczywiście czyta się bardzo dobrze. Jest to reportaż fabularyzowany. Zawiera masę szczegółów dotyczących życia w Afganistanie, opowiada barwnie o obyczajach codziennych, stosunkach rodzinnych, pielgrzymkach, zawodach sportowych, kontaktach z urzędami, sądem, przechodzeniu przez zieloną granicę do Pakistanu i z powrotem.
Obraz Afganistanu w kolorze khaki, o którym przez lata prawie codziennie donosiły media, gdyż działy się tam rzeczy straszne – nabiera barw, dźwięków, zapachów, jest wzbogacony o liczne szczegóły. W żadnym wypadku nie wolno nam jednak oceniać. Zwłaszcza trudno byłoby oceniać głównego bohatera, Sułtana Chana (tak, jak nazwała go autorka), który jest dzieckiem swoich czasów, wyrosłym w takim a nie innym społeczeństwie i podlegającym takim a nie innym prawom, wychowaniu i restrykcjom. Opisują go głównie osoby zależne od niego, żony, siostry, dzieci, rodzeństwo, podwładni. Siłą rzeczy, jest to obraz subiektywny.
Bardzo ciekawe byłoby dowiedzieć się, jak pierwowzór Sułtana Chana przeżył czas zamieszek, lata wojny w Afganistanie, lata po wycofaniu się stamtąd wojsk amerykańskich i powrotu talibów do władzy. Jeszcze ciekawiej byłoby zobaczyć Sułtana Chana i jego rodzinę na emigracji, w kraju bardziej zlaicyzowanym – czy wówczas udałoby mu się zachować średniowieczny styl życia i utrzymać rodzinę podporządkowaną jego woli.
Asne Seierstad ma jeszcze wiele do napisania.
E.Sz.
Ito Ogawa „Kameliowy sklep papierniczy”
Bez wątpienia jest to literatura kobieca. Powiedziałabym nawet – dziewczęca. Uwzględniając wszystkie różnice treściowe i kulturowe – najbardziej przypomina mi „Anię z Zielonego Wzgórza”. Mamy nawet delikatną wskazówkę odautorską. Tropem na to wskazującym mogłoby być to, że bohaterka, Hatoko, wraca do Japonii z Kanady, gdzie spędziła jakiś czas, by objąć sklep papierniczy po zmarłej babci. I nic więcej na temat tej Kanady, jak wiadomo – ojczyzny Ani.
Powieść ma również niewątpliwy walor dydaktyczny, co tym bardziej może świadczyć o tym, dla jakiego targetu jest przeznaczona. Najpierw – kaligrafia. W Japonii to dziedzina sztuki. Uprawiali ją niekiedy wielcy artyści czy filozofowie buddyjscy, do dziś uczy się jej w szkole. To znaczy – uczy się podstaw, a zainteresowana młodzież może ją dalej ćwiczyć i zgłębiać w ramach tzw. kurasu, tj. obowiązkowych zajęć pozalekcyjnych do wyboru. Tysiące dziewcząt i kobiet niepracujących, nawykłych do tego, że poza obowiązkami trzeba mieć jakieś zainteresowania, sportowe czy artystyczne, amatorsko ćwiczy sztuki piękne, ikebanę, ceremonię herbacianą, taniec tradycyjny, muzykę czy właśnie kaligrafię.
Z powieści dowiadujemy się dużo o piśmie japońskim, hiraganie i katakanie, znakach i błędach popełnianych w ich zapisywaniu, o stylach kaligrafii, piśmie trawiastym, rodzajach pędzelków i piór, odcieniach tuszu, cechach charakterystycznych dla pisania kobiet i mężczyzn, młodych i starszych. Słowem, książka przekonuje o tym, jaka to subtelna dziedzina sztuki. Wcale nie taka zwyczajna, jak by się laikowi na pozór wydawało. A przy tym kaligrafia to sztuka żywa, wciąż jest na nią zapotrzebowanie społeczne, jak choćby owe kartki świąteczne, które wiele firm czy osób prywatnych zamawia do dziś, aby rozesłać je klientom czy znajomym z okazji świąt Nowego Roku. Oczywiście można je napisać na komputerze, ale znacznie bardziej elegancko jest wykaligrafować treść i adres.
Innym, tak samo ważnym walorem dydaktycznym jest uczenie się wrażliwości, uważności, dokładności, wyczulenia na potrzeby innych, umiejętności dostrzegania tych potrzeb. Hatoko, poza sprzedawaniem akcesoriów piśmienniczych, przede wszystkim zajmuje się pisaniem listów dla osób, które z różnych powodów nie są w stanie napisać ich samodzielnie. Przy tym nie chodzi tutaj o umiejętność pięknego pisania, ale i sztukę stylu, doboru słów właściwych dla każdej sytuacji, dla każdego adresata.
Teksty listów stworzonych przez Hatoko, miłosnych, żałobnych, dziękczynnych, wspomnieniowych są naprawdę bardzo ciekawe, gdyż pokazują jak na dłoni charakterystyczne cechy kobiet japońskich. Nie bez powodu w opinii powszechnej Japonki uchodzą za najlepsze żony na świecie, zawsze delikatne, uważne, wrażliwe, kierujące maksimum uwagi na to, by odczytać pragnienia i potrzeby męża, dzieci, przyjaciółek i w ogóle drugiego człowieka. W porównaniu do Japonek zawsze Europejki czy Amerykanki wydawały mi się dużo bardziej szorstkie, męskie, bezpośrednie, a przy tym znacznie mniej empatyczne. Zachowania, które w Europie są normalnie przyjęte, w Japonii bywa, że rażą.
Babcia Hatoko pełniła funkcje mentora, nauczyciela, sensei, zarówno w kwestii kaligrafii, jak i w sprawach życiowych, właśnie takich jak wrażliwość, empatia i otwarcie na potrzeby drugiego człowieka. Niektórzy czytelnicy uważają, że babcia była dla dziewczynki szorstka i okrutna, wymagała dużo, nigdy nie powiedziała dobrego słowa, nie pochwaliła. Nic podobnego. Metody wychowawcze babci są jak najbardziej typowe dla metod uczenia, szkolenia czy trenowania w Japonii; spotyka się je zarówno w szkole, jak i w sporcie, uczeniu rękodzieła czy sztuki. Nauczyciel stawia wymagania, pokazuje, jak powinno się namalować znak czy wykonać ruch czy pchnięcie w sporcie, a potem adept ćwiczy sam. Rzadko kiedy wyjaśnia się mu, co powinien poprawić, zwykle musi do tego dojść sam, metodą żmudnych prób. To, do czego dojdzie się samodzielnie, jest znacznie bardziej wartościowe niż postepowanie pod dyktando nauczyciela. W Europie uczy się inaczej, ale to nie oznacza, że japońskie metody są gorsze czy lepsze: są po prostu inne.
No i następna sprawa, której uczy powieść – uwrażliwienie na piękno przyrody, zabytków, elementów krajobrazu. Rzecz dzieje się w Kamakura, dziś niewielkim mieście nad morzem, nieopodal Tokio, gdzie dawniej była stolica pierwszego shogunatu, tzn. rządu wojowników pod wodzą pierwszego shoguna Minamoto Yoritomo. Jego grób znajduje się na terenie często przywoływanej w książce świątyni Tsurugaoka Hachimangu, shintoistycznej świątyni boga wojny Hachimana. Dzisiejsza Kamakura bynajmniej nie przypomina terenów wojskowych, jest to piękne i bogate miasteczko, gdzie chętnie osiedlają się artyści, pisarze, muzycy, naukowcy, a także zamożni Tokijczycy. Taki japoński Konstancin. A przy tym miasteczko jest niezwykle piękne, góry schodzą wprost do morza, mnóstwo zabytkowych budynków w otoczeniu zieleni, jesienią zbocza gór czerwienieją od klonowych liści, a z powodu łagodnego oceanicznego klimatu przez cały rok kwitną tam kwiaty, choćby tytułowe kamelie (tsubaki).
Bardzo sympatyczna lektura. Po przeczytaniu jej świat wydaje się jakby lepszy. Ładniejszy. Polecam.
E.Sz.
