BKR ODSŁONA SZEŚĆDZIESIĄTA DRUGA I SZEŚĆDZIESIĄTA TRZECIA
Biblioteczne Kolegium Redakcyjne (w skrócie BKR) przygotowało się strategicznie! Wzięło pod uwagę zawód dzieci jak i dorosłych z powodu skończonych wakacji. Znamy ten ból i tęsknotę za urlopem, wypoczynkiem, wyjazdami i spokojem. Postanowiliśmy zatem choć odrobinę przedłużyć mentalnie wakacyjny stan tematem przewodnim "Fiszki".
W tym numerze skupiamy się na literaturze podróżniczej. Zaglądamy w przeróżne zakątki świata. Odwiedzamy zarówno miejsca, w których wieje chłodem, jak i gorące klimaty. Podróżujemy bliżej i dalej. To, co znane, konfrontujemy z orientem czy Czarnym Lądem. Piszemy o literaturze dla dzieci oraz dorosłych. Podsumowując - każdy powinien znaleźć w tym coś numerze dla siebie.
Przygotujcie sobie zatem coś do picia. Życzymy miłej lektury!
Joanna Jaworska „Skandynawia i Finlandia” (seria „Kocie ścieżki”)
Lubicie zimniejsze klimaty? Pisząca te słowa część BKR zdecydowanie woli północ niż południowy upał. Dlatego z wielką ciekawością wyruszyła do krajów skandynawskich i nordyckich (tak, tak, ten podział jest bardzo ważny!). Przewodniczką tej wyprawy był norweski kot leśny Śnieżka.
To właśnie on wprowadza czytelnika w podstawową wiedzę dotyczącą geografii Północy, rozróżnienia na Skandynawię (Dania, Szwecja i Norwegia) i kraje nordyckie (Skandynawia, Finlandia, Islandia, Wyspy Owcze, Grenlandia i Wyspy Alandzkie). Przybliża charakterystyczne cechy każdego kraju. Uczy, że przyroda, codzienne spacery, obserwowanie zorzy polarnej czy kultywowanie hygge to na północy oczywistość.
Śnieżka zaznajamia dzieci (dorosłych również) z dziejami wikingów, którzy dotarli znaczenie dalej niż mogłoby się wydawać. Byli przecież mieszkańcami ziem słowiańskich, gdzie nazywano ich Rusami. Oprowadza ich po domu wojowników, komentuje ówczesną modę, wierzenia i strukturę społeczną.
Opisuje rośliny i zwierzęta północy. Noce, gdy praktycznie nie zachodzi słońce i zimy, kiedy mocno się go wyczekuje. Podkreśla rolę reniferów w życiu ludzi Północy i to, że mają oni aż 200 słów na określenie śniegu! Opowiada o zamieszkujących te ziemie trollach oraz przypominających wróżki istotach keiju czy uldach (tych ostatnich nie chcielibyście spotkać).
W książce znajdziecie również treści dotyczące zwyczajów, kuchni czy stylu życia mieszkańców krajów nordyckich i skandynawskich. Dowiecie się np. że Finowie ścigają się w biegu na przeszkody z żoną na plecach lub rzucają telefonem komórkowym w dal. Warto wspomnieć też o zamiłowaniu ludzi Północy do saun, spędzania czasu na świeżym powietrzu (nie ma złej pogody, jest tylko kiepski ubiór) czy czytania książek.
BKR z wielką przyjemnością podróżowało ze Śnieżką. Krótkie, ale treściwe rozdziały obfitowały w liczne ciekawostki i zachęcały do samodzielnego zgłębiania wiedzy dotyczącej krajów nordyckich. Na uwagę zasługują również klimatyczne ilustracje, wytłuszczanie ważnych pojęć oraz zawarty na końcu książki słowniczek.
Anka Florczak „Ahlan!: Maroko dla dociekliwych”
BKR już od dawna chciało się przyjrzeć serii „Świat dla dociekliwych”, w której wydawnictwo Dwie Siostry przybliża dzieciom różne kraje. W końcu nadarzyła się okazja, właściwy czas nadszedł i w ramach literackich podróży została przeczytana książka o Maroku.
Nie da się zaprzeczyć, że „Ahlan!” zawiera mnóstwo informacji o tym północnoafrykańskim kraju, zarówno zupełnie elementarnych – gdzie się znajduje, ile ludzi w nim mieszka, że jest to kraj islamski i co to za religia – jak również dość szczegółowych, na przykład opis marokańskich tańców i ubiorów. Autorka wymienia przy tym mnóstwo arabskich nazw, jest również krótki słowniczek z rozmówkami polsko-arabskimi. W pewnym momencie BKR miało wrażenie przeładowania egzotycznym nazewnictwem, lecz, z drugiej strony, nie trzeba ich przecież koniecznie zapamiętywać.
Więcej wątpliwości budzi chyba jednak warstwa graficzna książki. Barwne ilustracje Aleksandry Słowińskiej, złożone z kolorowych plam, w pewnym sensie oddają „ducha” Maroka, kojarzącego się z intensywnymi przyprawami, kafelkowymi mozaikami fontann, czerwonym Marrakeszem i złotym piaskiem Sahary. BKR ma jednak wrażenie, że w książce przybliżającej młodym czytelnikom daleki kraj przydałyby się obrazy bardziej konkretne, w większym stopniu kojarzące się z Marokiem.
Podsumowując, BKR ma mieszane uczucia po przeczytaniu „Ahlan!”. Wiedzy niby dużo, ale skondensowanej i jakby… stłoczonej. Ilustracje jedynie w pewnym stopniu pomagają poznać Maroko. Trzeba by kiedyś sprawdzić, czy to specyficzny styl Anki Florczak, czy to ogólna koncepcja całej serii.
Zofia Fabjanowska-Micyk „Banzai. Japonia dla dociekliwych”
Jeśli interesuje Was Japonia i chcielibyście ją lepiej poznać, zdecydowanie powinniście sięgnąć po ten tytuł. To skarbnica wiedzy o tym, co powinniście wiedzieć o Kraju Kwitnącej Wiśni.
Od informacji geograficznych, przez społeczne ciekawostki, święta, zabawy, kulinaria po ciekawe miejsca, które warto odwiedzić. Autorka proponuje spacer po wielu tematach. Robi to w sposób krótki, konkretny i bardzo łatwy do przyswojenia.
BKR przeskakiwało z tematu na temat, poszerzając swoją wiedzę. Na pewno słyszeliście o święcie Hanami czy wojownikach ninja, ale czy wiedzieliście, że znajdujące się na budynkach czerwone trójkąty oznaczają, że okno można otworzyć od zewnątrz lub łatwo stłuc? Spodziewalibyście się w japońskich domach znaleźć przed łazienką specjalne kapcie z napisem "Toilet", których trzeba użyć? Patrzylibyście na drzewko bonsai jak na żywą rzeźbę? Podejrzewalibyście, że najdroższe mięso z krów pochodzi właśnie z Japonii, a dokładniej z Kobe?
To jednak tylko część wiedzy, która czeka na czytelników. Na stronach autorka pisze o japońskich robotach, w tym robotycznym piesku. Daje przepis na onigiri. Krok po kroku uczy składania origami - spróbujcie swoich sił z żurawiem. Zdradza, że w Krainie Wschodzącego Słońca podobno nawet włamywacze grzecznie ściągają buty i rabują domy w samych skarpetkach (w końcu kultura musi być!). Zaciekawia pułapkami i trudem zdobycia Zamku Białej Czapli.
BKR bardzo polubiło się z dziełem Zofii Fabjanowskiej-Micyk. Docenia styl autorki, skondensowaną treść, użycie kolorowej czcionki do informacji o charakterze ciekawostkowym. Nie jest co prawda fanem zawartych w publikacji ilustracji Joanny Grochockiej, lekko surowych i przerysowanych, ale to kwestia gustu. "Banzai" uznaje za pozycję obowiązkową dla wszystkich, którzy chcą poczytać o Japonii.
Anna Zalewska „Wyżej niż kondory”
BKR ma wielką słabość do gór i chętnie czyta wszystko, co ich dotyczy. Tym razem wybór padł na komiks, który powstał na podstawie wspomnień Wiktora Ostrowskiego.
Warto tu zaznaczyć, że jest to niezwykle ciekawa postać. Był oficerem wojska, taternikiem, alpinistą, inżynierem budownictwa lądowego, fotografikiem i autorem książek. Wraz z nim na wyprawę wybrali się: Adam Karpiński, zapalony zdobywca gór, z wykształcenia inżynier mechanik i konstruktor lotniczy, który na wyprawie pełnił rolę meteorologa i każde wydarzenie traktował w kategoriach cennego doświadczenia. Jan Kazimierz Dorawski, lekarz, badający podczas wypraw zdolności ludzkiego organizmu do przystosowania się do funkcjonowania na dużych wysokościach. Stefan Osiecki, inżynier architekt i operator kamery na wyprawie, który nie wahał się bardziej dbać o ciepło kamery niż swoje własne, co zaowocowało filmem "Roof of America". Stefan Daszyński, inżynier górniczy, były pracownik kopalni złota, poszukiwacz przygód i człowiek udowadniający, że wszystko jest łatwe i do zrobienia, trzeba tylko wykazać się chęcią i umiejętnościami. Ostatnim członkiem grupy był Konstanty Jodko-Narkiewicz, doktor fizyki prowadzący badania nas promieniowaniem kosmicznym, pełniący funkcję kierownika wyprawy.
Komiks przedstawia losy wyprawy od planowania, przez opracowanie szczegółów, zbieranie funduszy, aż po pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi i szczytach tego kontynentu. Ukazuje trudności, z którymi musieli się mierzyć bohaterowie. Ich poświęcenie w czasach, gdy podróż odbywała się statkiem i trwała nieporównanie dłużej niż dziś. Zmaganie się z nieznanym, problemy wynikające z ograniczeń fizycznych. Anna Zalewska pokazuje jak młodzi alpiniści wytyczyli nowe szlaki, mierzyli się ze swoimi słabościami i różnicami charakterów. Doświadczali majestatu gór i uczyli się pokory. Akcentuje również wpływ, jaki wyprawa wywarła na historię alpinizmu, w końcu wiele nazw do dziś jest związanych właśnie z Polską i Polakami.
Komiks Anny Zalewskiej w oszczędnych słowach, kolorystyce i kadrach przedstawia historię zdobywania południowoamerykańskich szczytów. I choć jest to całkiem przyjemna publikacja, to BKR czuje niedosyt. Zabrakło mu głębszych treści, nieco szerszej perspektywy na historię oraz bohaterów, większej ilości szczegółów. Docenia natomiast wstęp opisujący mężczyzn oraz zdjęcia z wyprawy. Słowem, jeśli macie ochotę na krótki komiks o zdobyciu Mercedario i wytyczeniu nowej drogi na Aconcaguę bez głębszego wchodzenia w szczegóły, ten tytuł jest dla Was.
Daniel Petryczkiewicz „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”
Tym razem BKR zaprasza na wyjątkową, lokalną podróż lub jeśli wolicie mikrowyprawę. Wybieramy się niedaleko, bo przejdziemy drogę wzdłuż rzeki Małej mającej źródło w Krzakach Czaplinkowskich, a ujście w Konstancinie-Jeziornie.
Tę właśnie trasę przemierza Daniel Petryczkiewicz. Jest to podróż zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Autor opisuje bowiem swoją relację z rzeką na przestrzeni lat. Pisze o czasie, gdy koryta wypełniała woda i trzeba było uważać, by bezpiecznie się przez nie przeprawić. Z niepokojem rejestruje kolejne pozbawione opadów lata, które sprawiają, że wielokrotnie podróż można było odbyć na sucho.
Pokazuje, jak działalność człowieka, w tym szczególnie brak zabezpieczeń prawnych oraz polityka wielkich firm wpływały na coraz większą degradację przyrody. Wypunktowuje przyczyny, szuka rozwiązań, przestrzega. Jednocześnie porusza wiele treści proekologicznych. Zwraca uwagę na to, że każda roślina czy zwierzę, każdy element przyrody mają takie samo prawo do istnienia jak człowiek.
Tym, co czyni "Małą historię znikania" niezapomnianą jest osobista relacja Daniela Petryczkiewicza z przyrodą. Jego wielka empatia, szacunek oraz zachwyt. Uczucia te bardzo mocno wybrzmiewają z kolejnych stron. Czytając o rodzinnych wyprawach ma się wrażenie, że cała trasa wzdłuż Małej, cała przyroda jest członkiem rodziny autora.
BKR jest pod ogromnym wrażeniem wrażliwości Daniela Petryczkiewicza. Jego opowieści, która zasmuca, ale daje nadzieję. Fascynuje, porusza i skłania do refleksji. Jest na poły filozoficzna, na poły poetycka. To niełatwa lektura, która wymaga skupienia i chęci do stanięcia w prawdzie. Poszukania odpowiedzi na ważne pytania o przyrodę, działalność człowieka, współistnienie. Nie da się jej przeczytać na "raz". Tym bardziej cieszy forma krótkich rozdziałów, które pozwalają na dobre przemyślenie treści i dają czas, by inaczej spojrzeć na otaczający nas świat. Musicie przeczytać!
Bill Bryson „Śniadanie z kangurami: australijskie przygody”
Bill Bryson, podróżnik urodzony w Ameryce, autor serii książek o swoich przygodach w krajach anglojęzycznych, zabiera czytelników do Australii.
„Australia to kraj, który gubi premiera, a do tego jest tak ogromny i pusty, że kiedy dochodzi tam do detonacji pierwszej na świecie bomby atomowej, z którą rząd nie ma nic wspólnego, bo odpowiada za nią banda zapaleńców-amatorów, potrzeba prawie czterech lat, żeby ktokolwiek to zauważył. Taki kraj na pewno warto poznać”.
Ten cytat jest świetnym wprowadzeniem w klimat książki. Cała jest utrzymana w identycznym stylu – lekkim, pełnym ciekawostek i anegdot. BKR jest zresztą wielkim fanem autora, prezentuje on bowiem cudowny dystans do siebie, ironię i poczucie humoru. BKR czytało tę książkę na wakacjach, zaliczając kolejne kawiarnie w miejscu docelowym i co rusz parskało śmiechem nad kubkami kawy, przyciągając zaciekawione spojrzenia innych gości. Gdybyście się zastanawiali o czym u licha był ten cytat – tak, jeden z premierów Australii poszedł się kąpać w morzu i zniknął bez śladu. Istnieje również mocne podejrzenie, że za zagadkowy wstrząs sejsmiczny zanotowany przez sejsmografy odpowiada sekta Aum Shinrikyo, detonująca chałupniczo skonstruowaną bombę atomową w Australii Zachodniej. Im głębiej się wchodzi w ten kraj, tym robi się ciekawiej.
Bill Bryson kompiluje w „Śniadaniu…” kilka swoich wypraw do Australii, starając się opisać ten przepastny kontynent wzdłuż i wszerz. Od wielkomiejskich, zurbanizowanych obszarów, po sławetny outback, bezlitosną pustynię i półdzikie peryferia. Przywołuje przy okazji historie śmiałków, którzy raz po raz podejmowali ambitne wysiłki, żeby przemierzyć australijski interior. Niektórzy nie grzeszyli rozumem. Zabierali ze sobą zaledwie 3 litry wody, ale za to wyruszali z kompletem mebli. Inni próbowali zamiast koni zabrać na pustynię wielbłądy. Pomysł niegłupi, niestety:
„(…) muchy bardzo lubiły składać jaja w ranach tych zwierząt i nawet najmniejsze przecięcie skóry szybko robaczywiało. Podczas którejś wyprawy rana jednego z wielbłądów tak się zakaziła, że robaki >>codziennie wybierano garnuszkiem<<. W końcu biedne zwierzę położyło się i zdechło. Jeśli nawet wielbłądy nie radzą sobie na pustyni, to wiadomo, że trafiłeś na wyjątkowo niegościnny zakątek naszej planety”.
Bryson odwiedza dziwne, lokalne muzea, co rusz wysłuchuje opowieści o zabójczej australijskiej faunie, przeważnie przekazywanych z zupełną nonszalancją przez nieporuszonych Australijczyków. Zresztą, zabójcza fauna to mało – Australia to też okazy, których nie ma nigdzie indziej na świecie.
„Nawet w krainie niezwykłych stworzeń dżdżownice australijskie są czymś wyjątkowym. Te robaki z gatunku Megascolides australis są największymi dżdżownicami świata – osiągają dwa i pół metra długości i ponad piętnaście milimetrów średnicy. Przy takich rozmiarach można usłyszeć, jak poruszają się pod ziemią – przypomina to gulgot rur kanalizacyjnych. Dlaczego na tym małym zakątku Wiktorii [chodzi o australijski stan Wiktoria, przyp. BKR] wyewoluowały robaki rozmiarów XXL? Nauka nie znalazła jeszcze odpowiedzi na to pytanie”.
Nawiasem mówiąc, dżdżownica ta również ma swoje muzeum. Ciekawe, czy to była inspiracja Franka Herberta dla stworzenia czerwiów w Diunie.
BKR poleca „Śniadanie z kangurami” z pełnym przekonaniem, ale należą się Wam również małe ostrzeżenia: to nie jest reportaż. Autor nie pochyla się nad australijskimi problemami, trudne karty historii zaledwie wzmiankuje. Mało jest w książce Aborygenów, z tej przyczyny, że Bryson pisze o tym, co przeżył, a interakcji z prawowitymi mieszkańcami Australii miał bardzo mało. I drugie ostrzeżenie: pierwsze wydanie książki pochodzi z 2000 roku, co oznacza, że autor odbywał i opisywał swoje podróże w latach 90. XX wieku. Wiele mogło się od tamtej pory zmienić. Bądźcie ostrzeżeni, ale i tak przeczytajcie „Śniadanie z kangurami”. I wiecie co? Świetnie się ją czyta na wakacjach.
Guy Delisle „Kroniki jerozolimskie”
Pomyślcie przez chwilę o literaturze podróżniczej. Zastanówcie się, co dotąd przeczytaliście. Już? Świetnie. „Kroniki jerozolimskie” nie są w ogóle podobne do tego, co, jak BKR obstawia, przyszło Wam na myśl. A jednak, z braku lepszych określeń, zaliczmy je do literatury podróżniczej. Dlaczego? Rozważmy to.
- Książka Guya Delisle jest komiksem, lecz przecież jej forma nie powinna mieć znaczenia w naszych rozważaniach.
- Może jest bardziej reportażem? Ale nie przybliża określonego problemu ani nie trzyma się spójnej narracji.
- Już prędzej byłaby dziennikiem, bo przedstawia miesiąc po miesiącu niemal rok pobytu autora w Jerozolimie. Z drugiej jednak strony, bohater jest obecny, lecz więcej miejsca w kadrach pozostawia otoczeniu, tłu, scenie tego olbrzymiego, tragicznego węzła gordyjskiego, jakim jest sąsiedztwo trzech religii i dwóch skonfliktowanych narodów.
A zatem „Kroniki jerozolimskie” to bardziej literatura podróżnicza niż dziennik. Tyle że przejmująco, milcząco smutna, mimo fragmentów humorystycznych (jak to w życiu, zdarzają się sytuacje absurdalne, zdarza się, że jedyną reakcją na coś może być ironiczna puenta).
Nie ma wątpliwości, że Guy Delisle pisze i rysuje o sobie i swojej rodzinie. W Jerozolimie jest na przyczepkę. Jego żona przyjechała do Izraela jako pracownik administracyjny „Lekarzy bez Granic” i spędza w biurze organizacji długie godziny oraz nadgodziny. Guy zaś jest kurem domowym. Wozi dzieci do placówek oświatowo-wychowawczych. Robi zakupy. Usiłuje rysować. Spotyka się z innymi mężami swoich zajętych żon. Czasem przeprowadza warsztaty komiksowe lub wyjeżdża na spotkanie z czytelnikami. Jego głównym zajęciem jest jednak włóczęga oraz próby ogarnięcia tego, co widzi.
Ten obszerny komiks jest zbiorem migawek z odwiedzonych miejsc, zaobserwowanych sytuacji i przeżytych zdarzeń. Bohater dzieli się tym, czego się dowiedział, komentarze są krótkie. Nielegalne osiedla izraelskie na terenach przydzielonych Palestyńczykom. Sąsiedztwo. Mur. Wszechobecne kontrole. Ludzie z bronią. Dziedzictwo. Miejsca święte. Kolejne próby dostania się na Wzgórze Świątynne, kolejne przeszkody. Różnice w poziomie życia Palestyńczyków i Izraelczyków widoczne gołym okiem. Napięcie, coś wisi w powietrzu i wzbiera, nieustannie.
Kadry malowane ograniczoną paletą barw, z przewagą szarości, beży i brązów, oddają nie tylko pylisty, spalony słońcem krajobraz i mury jerozolimskich budynków oraz ulic, ale także pamięć, smutek i żal z powodu czegoś, co wydaje się niemożliwe do naprawienia. Taki właśnie zdaje się być sposób autora na przekazanie swoich reakcji na pobyt w Jerozolimie: rysuje, co może i kiedy może, wiele rzeczy nie mieści mu się w głowie, ale przyjmuje je takimi, jakie są i chce je pokazać.
Podróż Guya Delisle odbyła się 15 lat temu. Najsmutniejsze jest to, że raczej niewiele się tam poprawiło. Jest tylko gorzej.
